strona główna forum dyskusyjne



























Upolowany wilk Mój sprzęt do polowania w puszczy. Na przyczepie ATV. Przed nim stoi Ryszard Weron z Polski, który we wrześniu 2002 r., zabrał się ze mną na dwudniowy wypad do puszczy w środkowym Ontario. Strzeliliśmy tylko ...jednego jarząbka (Rufed Grouse) Nad Jeziorem Pronger od (L) H. Urbański i J. Działo z 'moim' wilkiem. 'Kochani rodzice, pomóżcie' - mówi do telefonu Les. Dryden listopad 2002. Zorza polarna, a w jej tle, po  prawej stronie - tuż nad drzewami - wielki wóz. Dryden listopad 2002. Zorza polarna, a w jej tle, po  prawej stronie - tuż nad drzewami - wielki wóz.
UCIEKŁ ŁOŚ

Heniu nie mógł nam towarzyszyć tego wieczora (obiecał, że być może dołączy do nas jak pozałatwia swoje sprawy), więc pojechaliśmy we trzech. Postanowiliśmy "sprawdzić" okoliczne zręby. Dobrze, że moje auto "Nissan Exterra" ma napęd na cztery koła, bo inaczej poruszanie się po "logging roads" na których zalega ok. 30 cm, świeżego, nie ujeżdżonego śniegu - byłoby niemożliwe.

Kiedy w pewnym momencie zdecydowaliśmy się na sprawdzenie pobliskiego zrębu, leżącego za zakrętem drogi, to tym razem wybrałem rolę "czyhającego na przesmyku". Janek i Les udali się w podchód, zachodząc zrąb z drugiej strony.

W pobliżu wagi (miejsca gdzie zwierzyna zwykle uchodzi, jak mi powiedział Les) znalazłem dość duży kamień, z dobrym polem do obserwacji. Wdrapałem się na niego i usiadłem na poduszce, którą noszę ze sobą.

Jest to okrągła poduszka zawierająca, jak się domyślam styropian w plastykowym opakowaniu. Jedna strona poduszki jest w kolorze czerwonym, druga w kamo. Normalnie, gdy poluję wczesną jesienią, to często używam stołeczka (trójnóg z Polski). Później, kiedy jest więcej śniegu używam tej własnie bardzo lekkiej poduszki (w marszu wiesza się ją z tyłu na pasie, lub z boku za kieszeń na nogawce spodni). Można położyć ją na pniu zaśnieżonego drzewa lub kamieniu i na niej usiąść, bez obawy, że nasz tyłek zostanie doń przymarznięty. Kiedy na niej się siedzi, to pod ciężarem ciała wydziela ona ciepło. Niezły wynalazek...

Siedzę z godzinę, do wieczora już niedaleko. Nagle słyszę w oddali przytłumione strzały. Jeden, drugi, trzeci, czwarty... "Cholera wojna, czy co" - zachodzę w głowę. Po chwili, Les wywołuje mnie z tej łamigłówki umysłowej meldując, że mają strzelonego łoszaka i proszą, abym podjechał bliżej swoim autem, drogą którą jechaliśmy do tej pory. "OK, ok, you've got it. Congratulation".

Strzelał pierwszy Janek, ale i Les też do łosia wygarnął, kiedy był w ruchu. Okazało się, że zobaczyli klępę i łoszaka, żerujące na zrębie w odległości ok. 300 metrów. Zwierzęta oddalały się. Janek - mając dobry sprzęt - zdecydował się na daleki strzał, z podparcia, do lepiej widocznego łoszaka.

Ma on sztucer tego samego kalibru co i ja oraz używa tej samej amunicji, chyba jednej z najlepszych jakie są dostępne na rynku, ale jego sztucer jest chyba lepszej klasy. Jest to bardzo precyzyjny, z zamkiem w mauzerowskim stylu - "Browning" z nierdzewnej stali. Okazało się później, że ten pierwszy strzał Janka był jedynym, który znalazł się w celu i położył łosia.

Zwierz uszedł jeszcze ok. 500 metrów i padł w takich gęstwinach, że przerażenie brało na myśl o jego wyciąganiu. Przerażenie też ogarnia człowieka (mnie zawsze), gdy spojrzy się na "twarz" łosia. Widziałem już niejedną, ale zawsze, z jakimś niedowierzaniem, zaskoczeniem i zdziwieniem przyglądam się tej prehistorycznej masce. Na taką mi - przynajmniej - wygląda.

Po krótkiej sesji fotograficznej, już przy zapadających ciemnościach zabieramy się do patroszenia. Po wypatroszeniu, koledzy proszą mnie, abym podjechał bliżej miasta, cywilizacji i zatelefonował z "komórki" po Henia. Potrzebujemy przyczepę do transportu tuszy. Zeszło prawie 2 godziny, zanim przyjechaliśmy z Heniem z powrotem do oczekujących nas kolegów.

"Moose got loose" czyli; uciekł łoś.

Wcześniej jednak na skrzyżowaniu leśnych dróg - Heniu pozostawił przyczepkę od swego SUV (Sport Utylity Vehicle) "Chevy Tracker" z napędem na cztery koła, bo chciał uniknąć kłopotów przy zawracaniu.

Na dwa auta podjechaliśmy pod wyciągniętego już z łozin łoszaka. Swoim autem oświetlałem nasz leśny "parking", a Heniu podczepił łosia do swojego haka holowniczego.

Myślał, że podczepił...więc, wskoczył w swoje autko i pognał z Les w siną dal. Łoś został na miejscu - linka spadła z haka. Krzyczałem, trąbiłem - na darmo. Nie szłyszeli. Kiedy "pył po nich opadł", po kilku minutach przyczepiliśmy z Jankiem - łosia do mojego SUV i po upewnieniu się, że za nami podąża niczym śnieżny pług - podążali śladem naszych roztargnionych kolegów. Ciekawi byliśmy, kiedy "opamiętają się". Długo na to czekaliśmy, ale w końcu ujrzeliśmy światła jadącego tyłem "Tracker'a". To wspaniali koledzy, sprawdzali w którym momencie zgubili łosia, gdzie im się odczepił.

Tego wieczora, w naszym motelowym pokoju było miło wspominać wydarzenia z jednego tylko dnia polowania. I tego byka z urwanym porożem i tego gapiowatego wilka szarego no i tego łosia, którego zgubili koledzy, miejscowi "woodsmeni".

Zobacz co działo się drugiego dnia


Opracował 15/12/2002
Józef Starski

Powrót do polowań


Szukaj   |   Ochrona prywatności   |   Webmaster
Copyright(c) 2001-2018 P&H Limited Sp. z o.o.